Aneta Awtoniuk - trenerka biznesu, coach

TwitterFacebook

Aneta Awtoniuk coach, trenerka biznesu

Refleksje

Certyfikat najwyższym dobrem

Niniejszym zaświadcza się, że Pani/ Pan ukończyła/-ł… itd. Każdy by teraz chciał mieć certyfikat. Albo przynajmniej zaświadczenie. Co to na ścianie można powiesić, przed gośćmi w biurze się pochwalić, kamerze w oko błysnąć, jak przyjadą zrobić newsa o kolejnym wdrożonym systemie jakości…

Z certyfikatem życie od razu staje się lepsze, pełniejsze, bogatsze. Klienci zaczynają płynąć szerokim strumieniem. Pracownicy uśmiechają się do siebie życząc wzajemnie miłych nadgodzin, za które nie chcą grosza, bo pracują przecież dla wspólnego dobra. Słowem, dusza za iso.

Znam jedną Panią Irenkę.

Zawsze kiedy ją odwiedzam, wita mnie uśmiechnięta ona sama lub któryś z jej uroczych pracowników. Pamiętają przy którym stoliku lubię siedzieć, jaką piję kawę i że najbardziej smakuje mi czekoladowe ciasto z wielką ilością gorącej polewy. Ba! Wpuszczają mnie nawet z psem. On też dostaje miskę wody i nie ma z tym żadnej sprawy.

Pani Irenka prowadzi kawiarnię i sklep z winem. Nabrałam podejrzenia, że może tylko mnie traktuje w taki wyjątkowy sposób – z jakichś niewytłumaczalnych powodów. Wysłałam tam więc różnych swoich znajomych i okazało się, że każdy z nich czuł się wyjątkowo, jak najbardziej oczekiwany gość. Miła kelnerka podała mu kartę, z uśmiechem spytała podchodząc po chwili czy jest w niej to, na co gość miałby ochotę, przyjęła zamówienie bez szemrania zmieniając właściwie cały skład zamawianego dania – została z niego nazwa i makaron, bo sos był już z innej pozycji w karcie, dodatki częściowo z tej, ale w większej części z tamtej, no i jeszcze troszkę tego co jest w tym tam. Oczywiście, zaraz przygotujemy proszę pana, a tymczasem proszę napić się naszej różanej herbaty z miodem, bo popołudnia już mocno jesienne. I dostajesz herbatę, jaką na pewno pija się w raju.

Przynosząc danie kelnerka znów się uśmiecha. Głupia jakaś czy co? Życzy smacznego i czujesz, że robi to szczerze i naprawdę zależy jej, żeby ci smakowało.

Potem, zapytana o desery, szczerze odpowiada, że ciasto piernikowe piekli 2 dni temu, żeby smakowało odpowiednio, ale jeśli Pan woli takie jeszcze ciepłe, to za 10 minut będzie gotowe czekoladowe. Teraz jeszcze siedzi w piekarniku. Wolisz, więc czekasz a kiedy razem z odgłosem kroków na schodkach owija cię zapach gorącej czekolady, a dopiero później pojawia się znów uśmiechnięta kelnerka z parującym talerzem, wiesz, że było warto. Mmmniammm.

Rachunek dziwi, bo nie sięga gwiazd i w dodatku nie ma w nim miodowej herbaty z róży. Wskazujesz na pani pomyłkę, ale okazuje się, że to prezent od firmy. W dzisiejszych czasach!?

U Pani Irenki nie wisi na ścianie żaden certyfikat. Tylko lustro, żeby zachwyceni klienci mogli obejrzeć swoje szczęśliwe twarze. To jest dopiero system jakości.

Rozpuszczona swoją ulubioną kawiarnią wybrałam się do… ech, litościwie pominę nazwę lokalu. Znany jest, ceniony w Warszawie, choć bardziej swym jadowicie zielonym kolorem ścian przypomina tanią kancelarię prawną niż kawiarnię. Ale niech tam. Gości miałam zagranicznych, to im chciałam pokazać kawałek historii stolicy. Od wejścia na zielonych ścianach certyfikaty w złotych ramkach, niektóre zabytkowe, po przodkach, może nawet sprzed wojny. Fotografie w modnej sepii i o, znowu zaświadczenie. Jakość jak się patrzy.

Siadamy przy stoliku, którego biegające po lokalu kelnerki nie zdążyły jeszcze sprzątnąć. Miały na to dłuższą chwilę od momentu wskazania nam tego właśnie stolika, bośmy płaszcze wieszali, certyfikaty oglądali, i zdjęcia, tłumaczyłam też obcokrajowcom co to za chwalebne miejsce na mapie naszej Warszawki, no i że pysznie tu będzie. Chyba nawet chcieli uwierzyć, tylko ten stolik z okruchami i rozlaną kawą wsiąkniętą w papierową podkładkę zepsuł sprawę. No nic, certyfikaty zobowiązują, więc na pewno dalej będzie lepiej.

Kelnerka przynosi karty i zaczyna się zabawa – nie mówi po angielsku! Ani niemiecku. Ani nawet rosyjsku! Trochę wstyd, ale trudno – mówię moim gościom, że uczy się dopiero, studentka. Wykazują zrozumienie i przeze mnie składamy wszyscy zamówienie. Kiedy już zaczynamy się niepokoić o jego losy, wpada rozedrgana kelnerka z tacą i dostajemy wreszcie słynne ciastka z równie legendarną kawą. Noo, niezłe. Co ja mówię, pycha! Co prawda jeden z moich gości ma uczulenie na orzechy i dlatego pytaliśmy panią czy na pewno nie ma orzechów w tym torciku. Po kilkakrotnym zapewnieniu, że nie ma nawet cienia orzecha, zdecydował się na zamówienie go. Patrzy teraz osłupiały, bo jego świetnie wyglądający kawałek ciasta jest malowniczo udekorowany połówkami włoskich orzechów! Wezwana kelnerka przeprasza i zaraz usłużnie dodaje: ale to można zdjąć przecież i nie będzie. A w środku na pewno nie ma. Jak pani zamówiła, to ja pytałam w kuchni.

Ostatecznie zostajemy przy kawie, bo mój gość nie ma już zaufania do pani kelnerki z certyfikatem i boi się, że spuchnie mu tchawica i się udusi. Takie ma objawy jego alergia na orzechy.

Płacimy – też z niejakim trudem, bo pani wydaje się nas nie zauważać i wciąż słyszymy za chwilę podejdę z terminalem i dopiero bardzo głośne możemy zapłacić czy mamy wyjść sprawia, że rozliczamy się z tradycyjną kawiarnią. Kiedy wychodzimy żegnają nas certyfikaty w złotych ramkach. Przypatruję się uważniej – no tak, dotyczą tylko tych wyśmienitych ciastek. O obsłudze zapomniano.

Aneta Awtoniuk
coach rozwoju osobistego, trener biznesu

» refleksje