Aneta Awtoniuk - trenerka biznesu, coach

TwitterFacebook

Aneta Awtoniuk coach, trenerka biznesu

Refleksje

Zmagania z naturą. Własną


Aneta Awtoniuk lubi i uprawia sport. Jest Rekordzistką Świata w 12-godzinnym marszu Nordic Walking z 2007 roku…


22 czerwca 2007, piątek, Skoczów, godzina 13.00
Marek Szuster – ekstremalny rekordzista rusza w swój 24 godzinny marsz nordic walking. Zamierza pobić rekord świata należący do zawodowego sportowca, kolarza Helmuta Winnera. Aby go pokonać musi przejść kilometr więcej, czyli przynajmniej 165 km.
Markowi towarzyszą na starcie lokalne tuzy, media, mieszkańcy Skoczowa i… ja.

22 czerwca 2007, piątek, Skoczów, godzina 21.15, ósma godzina marszu Marka
Zaczyna lać – nie padać. Woda leje się już nawet nie strumieniami, a oceanem. Z nieba spada Niagara. Bieżnia w kilka minut zamienia się w Amazonkę. Marek brodzi w wodzie do pół łydki. Jest całkowicie przemoczony. Nie przerywa marszu. Z minuty na minutę robi się coraz zimniej.

22 czerwca 2007, piątek, Skoczów, godzina 22.00, dziewiąta godzina marszu Marka
Jest bardzo zimno. Pioruny i grzmoty rozstrajają. Buty i skarpety Marka spuchły od wody i błota. Nie może iść normalnie, znaleźć tempa marszu. Palce boleśnie obijają się w butach. Marek przecina buty nożem, żeby zrobić miejsce dla napuchniętych stóp.

22 czerwca 2007, piątek, Skoczów, północ, jedenasta godzina marszu Marka
Przestaje padać. Jest zimno. Bieżnia to błotnista lawa. Marek jest mokry i silnie wyziębiony.
Przyjeżdżam na stadion – za godzinę rozpocznę swój marsz. Chcę iść non stop 12 godzin z kijami i tym samym ustanowić rekord świata kobiet. Idę próbne okrążenie z Markiem – ślisko, błotniście, zimno, ohydnie. Na stadionie tylko nieliczni widzowie i grupka organizatorów i sędziów. Wszyscy zziębnięci, zmęczeni nocą, burzą i kompletnie przemoczeni.

23 czerwca 2007, sobota, Skoczów, godzina 01.00, start Anety, dwunasta godzina marszu Marka
Ruszam. Idę tak szybko, jak pozwala to coś, co kilka godzin temu było nawierzchnią bieżni. Kałuże co kilka metrów, wszędzie błoto. Trudno zrobić krok, bo nogi się rozjeżdżają. Nie pomagają nawet jedne z najlepszych na świecie, ekstremalnie wytrzymałe kije, które nie mając oparcia w gruncie zapadają się głęboko ponad płatek przy nóżce.

23 czerwca 2007, sobota, Skoczów, godzina 03.00, druga godzina marszu Anety, czternasta godzina marszu Marka
Woda mineralna z miodem chroni mnie przed odwodnieniem. Jeden łyk co kilka okrążeń. Nie mogę nieść kubka, bo ręce muszą pracować z kijami. Nie mogę wybić się z rytmu. Po następnych 4 okrążeniach stadionu czas na posiłek - papka z bananów i miodu. Na deser mleczna czekolada dla dzieci – jedna kostka. Opiekun idzie obok mnie przez dwa okrążenia. Tyle mniej więcej trwa karmienie. Łyżeczka papki wprost do otwartych ust. Jak pisklak.

23 czerwca 2007, sobota, Skoczów, godzina 04.00, trzecia godzina marszu Anety, piętnasta godzina marszu Marka
Zmieniam kierunek marszu. Będę to robić co trzy godziny, żeby mi błędnik nie zwariował. Marek maszeruje coraz wolnej, gubi tempo, traci siły, blednie. Idzie.

23 czerwca 2007, sobota, Skoczów, godzina 5.00, czwarta godzina marszu Anety, szesnasta godzina marszu Marka
Kolejna godzina maksymalnego skupienia uwagi skutkuje zaskakującymi skojarzeniami i podróżą mózgu we wspomnienia - świt nad Skoczowem przypomina wypad za miasto. Spanie w namiocie, upalne dnie, pławienie się w krystalicznym jeziorze, ciepłe noce, domowe wino popijane leniwie w hamaku. Wtedy, nad jeziorem, gdy wszyscy kładli się spać też tak pięknie zaczynały budzić się ptaki. Dnieje.
Marek kładzie się na ławce obok bieżni. Trzyma w górze nogi. Odpoczywa. Źle wygląda. Ma mdłości. Jest wycieńczony

23 czerwca 2007, sobota, Skoczów, godzina 05.20, piąta godzina marszu Anety, siedemnasta godzina marszu Marka
Marek schodzi z bieżni, nie wiem co się dzieje, bo idę akurat po drugiej stronie stadionu. W punkcie kontrolnym dołącza do mnie opiekun i zdaje relację – Marek przerwał próbę, ma silnie wychłodzony organizm, mdłości.
Zwalniam. Martwię się o przyjaciela. Zastanawiam się czy nie przerwać próby. Marek czytając mi w myślach przysyła przez „umyślnego” wiadomość: masz iść. No to idę.

23 czerwca 2007, sobota, Skoczów, godzina 06.00, piąta godzina marszu Anety
Stadion powoli się zapełnia ludźmi. Na bieżni wokół mnie pojawiają się osoby z kijami chcące się sprawdzić w nordic walking. Są w różnym wieku, idą w różnym tempie. Ale są. Biorą kije i maszerują. Ci którzy są w stanie utrzymać moje tempo opowiadają historie życia, zdradzają fragmenty osobistych opowieści, często fascynujących. Słucham. Nie odpowiadam koncentrując się na oddechu i utrzymaniu skupienia. Niełatwe to wśród tylu rozmawiających osób. Milczę, a ludzie mówią i idą, idą i mówią. Spowiedź w marszu.

23 czerwca 2007, sobota, Skoczów, godzina 8.00, siódma godzina marszu Anety
Idzie się trochę łatwiej, bo bieżnia przeschła. Prawie nie ma już błota. Wciąż napływają ludzie – stają wokół bieżni za barierkami. Za każdym razem, gdy przechodzę obok nich, klaszczą i entuzjastycznie pozdrawiają. Myślę o Marku. Jest w szpitalu, pod kroplówką. Martwię się.

23 czerwca 2007, sobota, Skoczów, godzina 10.00, dziewiąta godzina marszu Anety
Trzeci raz zmieniam kierunek marszu. Nudzę się. Sędziowie informują, że Marek ustanowił rekord świata. W ciągu 17 godzin i 20 minut przeszedł 104 kilometry. Na stadionie spontanicznie zrywają się brawa. Otrzymuję wiadomość, że Marek czuje się dobrze, wyszedł ze szpitala i przyjedzie na stadion na mój finał. Śmieję się do siebie i idę. Od 9 godzin właściwie ciągle idę…

23 czerwca 2007, sobota, Skoczów, godzina 12.00, jedenasta godzina marszu Anety
Ludzie za barierkami szepczą do siebie, śledząc każdy mój krok. Szukają oznak zmęczenia, wyczerpania, zniechęcenia. Odnajdują uśmiech i skupienie. Patrzą z podziwem i niedowierzaniem. Pytają sędziów: czy ona naprawdę tak idzie od pierwszej w nocy?! Naprawdę.

23 czerwca 2007, sobota, Skoczów, godzina 13.00, dwunasta godzina marszu Anety
Cały stadion chórem odlicza ostatnie 10 sekund marszu, zatrzymuję się, sędziowie biegną z miarą aby wyliczyć odległość, chwila oczekiwania – jest rekord świata! 69 kilometrów i 374 metry w 12 godzin! Pierwsza kobieta na świecie. Tryumf.

Aneta Awtoniuk
coach rozwoju osobistego, trener biznesu

» refleksje